What a girl wants

Z wizerunkiem słodkiej pop-dziewczyny, która mizdrzy się w teledyskach, skutecznie rozprawia się underground. A dodatkowo daje wyraźny sygnał części społeczeństwa dyskryminowanej nie tylko ze względu na płeć, ale i pochodzenie czy orientację.

>>Read in English<<

Celowo w tytule zawarłem tytuł piosenki Christiny Aguillery, która ukazała się 20 lat temu, a która w przelukrowany sposób mówi o rzekomych potrzebach ówczesnych dziewczyn, raczej zmarginalizowanych w patriarchalnym świecie. Wydawałoby się, że przez te dwie dekady wiele się zmieniło, ale wciąż mamy sporo do przepracowania. Świetnie zwróciła na to uwagę Olga Tokarczuk, tegoroczna noblistka, która przy odbieraniu nagrody przywdziała strój odwołujący się do ruchu sufrażystek, podkreślając emancypacyjny wymiar kobiet, ale też przypominając jak mało z nich dostało do tej pory Nobla (od 1901 roku raptem 53 na 868 mężczyzn!). Kobiety i osoby nieheteronormatywne wciąż w muzyce wydają się być mniejszością, a jeśli stworzą wyraźną wypowiedź, od razu są dostrzegane, od razu mówi się o „głosie kobiet”. Często właśnie dlatego, że są mniejszością, a nie (jeszcze) normą. Ale w poniższych przypadkach dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że opowieść o sobie, społeczeństwie i jego problemach są w stanie stworzyć w spójnej i wciągającej formie. 

Autorka Biegunów i Ksiąg Jakubowych ma zresztą wiele wspólnego z opisywanymi tu artystkami. Cechuje je intertekstualność, łączenie wielu gatunków, tworzenie unikalnego stylu, który sprawia, że ciężko je z kimkolwiek pomylić. – Nie chcę być przypisywana do żadnego gatunku – mówi w jednym z wywiadów Kristin Hayter aka Lingua Ignota. Trudno temu zaprzeczyć – w przypadku albumów jej, ale też Yatta, Złe Oko i Moor Mother jest podobnie. To przede wszystkim wykrzyczane emocje i złość: na mizoginistycznych samców, społeczeństwo czy głosicieli uprzedzeń rasowych albo tych, którzy z trybun mówią, jak powinno się żyć. Po drugie w każdym przypadku mamy do czynienia z kolażem gatunkowym – od post-punka, przez operę i noise, po elektronikę, hip-hop i metal. Przede wszystkim jednak to albumy pełne traumy, tekstów wykrzyczanych z trzewi, koszmarnych doświadczeń, a jednocześnie spójne i przekonujące artystycznie. Żadnych słodkich piosenek.

Lingua Ignota, po sukcesie All Bitches Die, została przygarnięta przez metalową wytwórnię Profound Lore Records, przez co niemal z automatu trafiła do metalowego środowiska, które jest nią zachwycone. Cierpiała na anoreksję, była ofiarą przemocy domowej i dokumentowała mizoginistyczne dyskursy – zaczęła od opowieści osoby doświadczonej przemocą fizyczną, zdominowaną przez mizoginistyczny świat. Na poprzedniej płycie miała teksty mocne (tytułowy, przejmujący He beat me till my teeth were scattered / Like pearls across the red, red ground), teraz też sięga po ciężki oręż: operę, barok, odwołania do Henry’ego Purcella, nasuwa skojarzenia z Diamandą Galas, tworzy gęste noise’owe brzmienie, czasem wykonując ukłon w kierunku metalu. Zaczyna psalmowym otwarciem (wychowała się w katolickiej społeczności i śpiewała w kościelnym chórze), a chwilę później w „DO YOU DOUBT ME TRAITOR” przechodzi od pełnej liryzmu ballady po zniekształcony i brudny wokal, wichurę emocji i muzyki. Jej pisane caps lockiem utwory krzyczą jeszcze nim włączymy płytę. Historie na Caligula są mocno naładowane emocjonalnie – pełno w nich złości, żalu, ale też refleksji, a wszystko utrzymane jest w bardzo teatralnej, narracyjnie i dramaturgicznie wciągającej formule. Klasycznie wykształcona artystka imponuje skalą wokali – od pełnych pogłosu zaśpiewów, wokół których umiejętnie buduje przestrzeń, przez liryczne śpiewy, aż po graniczący ze zdarciem gardła ryk. Czasem oszczędnie akompaniuje jej fortepian („FRAGRANT IS MY MANY FLOWERED CROWN”), kiedy indziej uderza z metalowym impetem (moment wejścia perkusji w „MAY FAILURE BE YOUR NOOSE”). Dynamika jest tu rozpięta równolegle po wszystkich emocjach o mroczniejszym zabarwieniu – Hayter świetnie je kontroluje, zachowując równowagę w znajdywaniu środków do ukazywania odpowiednich nastrojów. Ten post-modernistyczny kolaż jest do bólu konsekwentny, a jednocześnie artystycznie przemyślany – aż ciężko uwierzyć, że trwa niemal 70 minut. Jej hymny ocalałych, tych którzy w relacjach międzyludzkich przeszli piekło, przynoszą katharsis, muzycznie przejmują do szpiku kości.

Jeśli u Lingua Ignota ujście emocji przyjmowało liryczną formę, u Moor Mother jest szorstko i agresywnie. Trudno w takiej amerykańskiej rzeczywistości się poruszać i trudno się na nią godzić. Moor Mother tworzy własną narrację o sytuacji Afroamerykanów; zagląda na plantacje bawełny, przypomina śmierć Rodneya Kinga i Latashy Harlins, które zapoczątkowały protesty w Los Angeles w 1992 roku. To głos dyskryminowanych – czarnoskórych osób, które wciąż nie mają tak samo równych praw jak biali. Estetycznie jej punktem wyjścia jest hip-hop, spiritual jazz i improwizacja – przyznaje zresztą w wywiadach że do tej ostatniej jest jej najbliżej co najlepiej słychać w składzie Irreversible Entanglements. Grywa też z The Bug czy London Contemporary Orchestra. 

Wspomniany „Repeater” to brzmienie smyczków, sample i głos wysunięty na pierwszy plan. Znuje w nim rozważania niczym kaznodzieja: We hold death over our head / We hold life over our head (…) I hope you choke on all the memories / No light, just insecurities, false hope and enemies. „Don’t Die” to noiseowo-punkowy lament – najpierw śpiew, potem krzyk i rozpacz, z kolei bitowe i industrialne jest „After Images”, a w „Shadowgrams” ostrzegawczo śpiewa: they have killed our heroes and we forget their names. Przypomina: narracja o historii i tożsamości jest inna. Z kolei w „Passing of Time”, gdzie towarzyszy jej Juçara Marçal z Metá Metá, podsumowuje My grandmama, my great-grandmama, my great-great-grandmama, they picked so much cotton they saved the world. W akompaniamencie rytmicznej bębniarskiej gry w tle, ostrzegawczo sygnalizuje: nie próbujcie wymazywać ich ról z historii. Buduje kontekst, sięgając po nagrania terenowe: w Cold Case słychać wokale Amal al-Mathlouthi, tunezyjskiej piosenkarki znanej z protest-songów; w otwarciu „Engineered Uncertainty” Paul Robeson śpiewa Nobody knows the trouble I’ve seen, co potem tonie w miksie krzyku i noise. Co utwór to inny producent: Mental Jewelry z którym dwa lata temu nagrała Crime Waves, Justin Broadrick z Jesu, King Britt czy Giant Swan. Lista gości jak na płytach hip-hopowych, ale to nie ten gatunek, nie noise, może trochę punk dzięki surowości i agresji, krótkich i treściwych kompozycjach. Analog Fluids of Sonic Black Holes trwa połowę tego, co nagrała Lingua Ignota, ale jest równie intensywny i szczery. Camaye Ayewa ma w sobie jednocześnie coś z Niny Simone i Gila Scott Herona – smykałkę do własnego języka, narracji wypełnionej kolażem obrazów i przemyśleń na temat sytuacji Afroamerykanów w USA. Nie da się jej pomylić z nikim, nie da się zapomnieć jej kipiącej złością opowieści. Złością, która zamiast do rozkładania rąk, skłania do działania.

Otwarcie albumu Yatta przypomina mi ciepłe brzmienie głosu Matany Roberts, chociaż stylistycznie to zupełnie inna para kaloszy. Szybko jednak pozbywam się tego wrażenia, kiedy wprowadza pogłos, moduluje głos, bawi się jego barwami. To para-słuchowisko, znów wielokrotnie złożona narracja. Wahala w języku krio i nigeryjskim pidżynie oznacza problem, kłopot i to wokół nich ogniskuje się płyta. Bulgocząca puszka pełna muzycznych inspiracji, którym towarzyszy opowieść o problemach ze społeczną, rasową i seksualną tożsamością osoby o korzeniach z Sierra Leone. Od noise’owego „A Lie”, który jest dwugłosowym dialogiem z samym sobą, po rytmiczne i zelektryfikowane, ale rozbujane „Blues”. Od stereotypów płciowych, do których nawiązuje w „Cowboys” – Cowboys are black and techno (…) Black girls are like Pokemon, gotta catch ’em all– po poetyckie zaśpiewy (przepiękny „Sulivan Place”). Yatta używa dronów generowanych na efektach, loopuje wokalizy i dźwięki, krzyczy wielokanałowo, improwizuje poetycko – buduje psychotyczny klimat, w którym szuka wyzwolenia. To jednak nie tylko jej głos robi tu robotę (świetna multiplikacja wokali w „Shine”), ale też skondensowana elektronika i dekonstrukcja pomysłów: od folku, bluesa, hip hopu i r’n’b. Zapada w pamięć przepiękny „Francis” z melodyjką i zdublowanymi wokalizami na pierwszym planie. Wydaje mi się to najbardziej liryczny album z całej tej czwórki. To dźwiękowy, pozagatunkowy kolaż, bagaż doświadczeń i emocji, które nie mają jednej ustalonej formy, bo można o nich opowiadać na różne sposoby. Pamiętnik doświadczeń i traum – słychać w nim złość i determinację, ale też wdzięk jak w „Underwater, Now”, które jest przepięknym i paradoksalnym finałem. Technologiczne nowinki łączą się tu z delikatnym głosem, elektronika z akustycznym folkiem i bluesem – ta dwubiegunowość świetnie oddaje rozterki i codzienne przeżycia osoby transseksualnej, które są opowiedziane w niezwykle porywający sposób. 

Na koniec projekt pochodzącej z Polski, a obecnie mieszkającej w Norwegii, Olgi23. Jest autorką kolaży (próbka w wideo do Wojny), basistką nieistniejącego już zespołu Dno, a dowiedziałem się o niej dzięki Konstantemu Usenko. Cykuta to śmiertelna trucizna, wyciąg z roślin stosowany w starożytności i średniowieczu. Pierwsze skojarzenie: Siksa, chociaż nie jest tu tak punkowo i chaotycznie, narracja jest bardziej ustrukturyzowana. To szorstki materiał, który brzmi brudno i szorstko, ale też industrialnie i metalicznie. Muzyczna apokalipsa, czasem dosłownie wyrzygiwanie tego, czego znieść się nie da (sample w „Five reasons why I left my country” przeplatane z homofobicznymi i mizoginistycznymi wypowiedziami polityków). Mroczne elektroniczne pasmo spotyka się tu z bitem i groove’em przy których Olga wykrzykuje swoje obserwacje: mówi o tym, że wciąż silne są echa wojny, krzyczy o ludzkich instynktach, przywołuję głupotę panoszącą się w mediach. Tworzy osobliwy dźwiękowy kolaż, opowieść o dominacji patriarchalnych wzorców narzuconych przez mizoginów (Z zaciśniętymi pięściami krzyczycie/ Że słaba, że głupia / ma obwisłe cyce/ Niech spierdala do garów/ To młot na czarownice). Najmocniejszy na płycie jest tytułowy, najdłuższy utwór: quasi hip-hopowy bit i narastająca dźwiękowa ściana jest tłem dla litanii na temat postrzegania kobiet i umniejszania ich wartości w społeczeństwie z rewelacyjnymi puentami (Rozdarci miedzy dziwką / A Maryja Dziewicą (…) Modlicie się za nas / Chcecie prowadzić nas za rękę / Ze złej drogi pomóc zejść / Całując w stopki / najświętszą panienkę). Bo niby tytułowa cykuta to kobieta, która wprowadza zamieszanie, dezorganizuje społeczność, na którą można zepchnąć odpowiedzialność (nieustanne dyskusje o gwałtach), która nie powinna mieć prawa do dyskusji o aborcji i protestów w ramach obrony swoich praw. Złe Oko w sugestywnej i brudnej formie o tym opowiada.

To ostatnie może zresztą dotyczyć całej czwórki: te płyty to walka o prawa kobiet, osób maltretowanych, mniejszości etnicznych i seksualnych. Oby takie wypowiedzi jak najdłużej wbijały kij w mrowisko. Najwyższa pora, bo w 2019 roku nie da się wepchnąć kobiet (i osób transpłciowych) w prostą foremkę „chce tego i tego”. Wprost przeciwnie – mocno się w niej rozpychają i same wprowadzają nowe zasady gry.

Lingua Ignota, Caligula, Profound Lore Records
Moor Mother,
Analog Fluids Of Sonic Black Holes, Don Giovanni Records
Yatta, 
Wahala, PTP
Złe Oko, 
Cykuta, Pan y Rosas Discos