Te potwory wciąż żyją

Nowe życie organom nadają cztery artystki z odmiennych muzycznych światów. Ellen Arkbro kontynuuje konceptualne pomysły na wykorzystanie tego instrumentu, Maja Ratkje rozbudowuje go o dodatkowe brzmienia, Sarah Mary Chadwick akompaniuje na nim do swoich piosenek, a Kali Malone tworzy długie medytacyjne drony, wcielając idee deep listening.

>>>Read in English<<<

Organy to jeden z dźwięków, który przypomina mi dzieciństwo. Różne uroczystości, odbywające się w kościele, zarówno smutne jak i radosne, podczas których organiści zawodzili potężnym, ale też dostojnym dźwiękiem z końca świątyni. W mojej pamięci nigdy nie wygrywali skomplikowanych melodii, pamiętam przede wszystkim podkład do śpiewanych przez nich psalmów. Z organami wiąże się też dla mnie pewien rodzaj archaiczności: brzmienie w starodawnej manierze, brak jakichkolwiek pomysłów na ich nowatorskie wykorzystanie i to, że zazwyczaj grali na nich mężczyźni. Okazuje się jednak, że ten instrument wciąż może oddychać i żyć, tym bardziej, że jego wizerunek odświeżają cztery kobiety, które wydały różne, ale intrygujące albumy. Stąd też i powyższy tytuł – odnoszący się do wydanej kilka lat temu płyty Always Breathing Monster September Collective, która również za punkt wyjścia przyjęła brzmienie organów, w nowej i zupełnie innej formule. Bo organy mają się świetnie.

Być może wszystko potoczyłoby się inaczej gdyby nie fakt, że For organ and brass Ellen Arkbro wydany przed dwoma laty, został napisany na 400-letnie organy w niewielkiej niemieckiej miejscowości Tangermünde. W tym konceptualnym popisie medytacyjnego minimalizmu i dronowego wybrzmiewania organów w połączeniu z instrumentami dętymi (róg, tuba i puzon) kluczowe były drobne zmiany akordów i subtelne dodatki kolejnych warstw instrumentów, które pobudzały durową skalę dźwięku. Szwedka w tym roku powróciła z albumem Chords, na którym organy wypełniają tylko jedną stronę albumu; druga należy do gitary. To znów uwznioślenie minimalizmu, budowanie rezonującego i potężnego dronu, którego dźwięk stopniowo ulega rozszczepieniu. Brzmienie mniej zróżnicowane, w większym stopniu Arkbro zwraca uwagę na fakturę dźwięku. Mniej tu emocjonalnego uniesienia, więcej zanurzenia w mikrotonalności – Szwedka często pracuje z frekwencją brzmieniową (co wspaniale pokazała na koncercie w Gdańsku, gdzie z Kolonii Artystów stworzyła osobliwe rezonansowe pudło, wypełnione szczelnie dźwiękiem). Dźwięki są ostrzejsze, drony stopniowo zaginają się, trwając w czasie, są też bardziej chropowate. Podobnie jest ze stroną B – „Chords for guitar” to pojedyncze pociągnięcia po strunach instrumentu, ale paradoksalnie ciężko oprzeć się wrażeniu, że przypomina to brzmienie elektroniczne. Chords to w większym stopniu niż poprzedniczka eksperyment, środowisko dźwiękowe, które ulega zniekształceniom, pociągający koncept, chociaż to For organ and brass jest dla mnie bardziej porywające i ponadczasowe.

Nowej płyty Sarah Mary Chadwick może również nie byłoby gdyby nie konkretne organy: 147-letni instrument, który znajduje się w Urzędzie Miejskim w Melbourne. Chadwick do tej pory poruszała się raczej w rockowym idiomie, z zespołem snując swoje romantyczne i przejmujące piosenki. The Queen Who Stole The Sky to przeniesienie jej dotychczasowej maniery na podkład stworzony na organach właśnie. Nie jest to tylko synteza – artystka buduje proste, ale wymowne utwory kompozycyjnie, świetnie niuansując wysokie i basowe brzmienia potężnego monstrum. Być może i Chadwick sprawdziłaby się podczas osobliwej mszy, którą mogłaby poprowadzić: jej zawodzący głos, którym świetnie kontrapunktuje instrument, brzmi jednocześnie lirycznie, przejmująco ale i dramatycznie. Świetnie opisuje swoje problemy sercowe i przejmujące rozliczenia z przeszłością (I never had a man around to love me when I was younger / And that’s fine / But there’s no amount of love that could fill me / So I keep searching through the line / Who’s next in line? w „Next in Line”). Jest w tych piosenkach monumentalne brzmienie, lekkość, ale i przytłaczający ciężar poruszanych tematów. Są wzruszające, emanuje z nich piękno, chociaż dominuje przytłaczający pesymizm (No matter how much joy there is / Trust me, I spin in it to sorrow w „On the make”). Na szczęście Chadwick, chociaż można jej to zarzucić, nie popada przesadnie w depresyjny sentymentalizm (Sometimes there will be tears / I’ll have good years and bad years w utworze tytułowym). Brzmi potężnie i bardzo lirycznie. Kiedy słucham The Queen Who Stole The Sky, za każdym razem mnie ten album porusza i wciąga. Intrygująca, intymna opowieść. 

Gdzieś pomiędzy konceptem a piosenkami jest nowa płyta Mai Ratkje, której muzyczne zainteresowania obejmują zarówno improwizację, instalacje dźwiękowe czy projekty skoncentrowane na głosie. Sult to materiał, który bazuje na muzyce stworzonej do baletu pod tym samym tytułem. W roli głównej: organy, ale nie tylko – Norweska artystka rozbudowała ten instrument o tuby metalowe i pcv, struny gitarowe i basowe oraz elementy perkusyjne. I musiała się nauczyć na tym wszystkim grać: obiema rękoma, nogą i jeszcze śpiewać. Na szczęście teoria i koncepcja wszystkiego nie przysłaniają. Jeśli jeszcze pierwsze dwie kompozycje są dostojne i nastrojowe to trzecia, najdłuższa na albumie Den Sprættende Bevægelse Min Fot Gjør Hver Gang Pulsen Slår jest rozwijającym się i transowym utworem z wokalizami, organowymi repetycjami i całym zestawem brzęczących instrumentów na drugim planie. Bardziej piosenkowo i folkowo wręcz jest dalej – Sayago – En Sådan Glidende Lyd to ujmująca ballada, której towarzyszy organowy akompaniament (nie tak potężny jak u wyżej wymienionych) i przeraźliwe jękliwe dźwięki w tle. Ratkje pod melodiami ukrywa szafę muzyczną, osobliwy foley room, jak ten, na którym bazują filmowi dźwiękowcy. Czasem nadaje temu post-reichowską formę, czasem romansuje z muzyką filmową, ale najczęściej tworzy chwytliwe folkowe i wokalne ballady. Wtedy łatwo zapomnieć, że te utwory powstały jako ścieżka dźwiękowa do baletu, bo doskonale funkcjonują zupełnie autonomicznie.

Jest jeszcze czwarta perspektywa na organy. Kali Malone na swojej najnowszej płycie buduje największy monument, głównie ze względu na czas trwania (niemal dwie godziny). Podąża niektórymi ścieżkami, co powyższe artystki – od Arkbro wzięła konceptualizm dronowych i medytacyjnych form, od Ratkje i Chadwick ich  melodyjność i budowaną w ten sposób melancholię – ale stawia na stopniowo rozwijające się drony i ideę głębokiego sluchania w duchu Pauline Oliveros. Nie jest to jej pierwsza przygoda z organami – rok temu ukazał się album Organ Dirges 2016-2017, ale The Sacrificial Code to przenikliwe rozwinięcie tych pomysłów: trzy różne sesje nagraniowe, trzy odmienne instrumenty i trzy przestrzenie (chociaż ich akustyka jest mocno zredukowana). Kluczowy jest transowy charakter minimalizmu Malone – to medytacyjne snucie oszczędnych pojedynczych akordów, co jakiś czas lekko niuansowanych odmiennymi nutami. Każda delikatna zmiana jest odczuwalna, ruch rezonuje w powietrzu i tkance dźwięku wydawanego przez instrument, podkreślając jego głębokie brzmienie.Nastrojowy, trochę funeralny klimat mi udziela się bardzo szybko. Molowe brzmienie rozciągnięte w czasie, zwraca uwagę na teksturę instrumentu, wciąga w swoje rozbudowaną konstrukcję czy wręcz: zatrzymuje upływający czas. Organy nie atakują, tlą się raczej, Malone gra na nich z puryzmem, nad koncepcję przekładając ludzki pierwiastek. The Sacrificial Code jest jak zestaw filmowych zbliżeń w slow motion – słucha się go z naciskiem na przemijające detale, z uwagą i w skupieniu; wciągają w nieskończoność.

Ellen Arkbro, Chords, Subtext
SŁUCHAJ: 🎶Spotify, 🎶Tidal, 🎶Deezer, 🎶Apple Music

Maja Ratkje, Sult, Rune Grammofon
SŁUCHAJ: 🎶Spotify, 🎶Tidal, 🎶Deezer, 🎶Apple Music

Sarah Mary Chadwick, The Queen Who Stole The Sky, Heavy Machinery Records ‎
SŁUCHAJ: 🎶Spotify, 🎶Tidal, 🎶Deezer, 🎶Apple Music

Kali Malone, The Sacrificial Code, iDEAL Recordings
SŁUCHAJ: 🎶Spotify, 🎶Tidal, 🎶Deezer, 🎶Apple Music