Do trzech razy sztuka

Dwa ważne trójmiejskie jazzowe zespoły młodego pokolenia właśnie wydały swoje trzecie płyty. Albumy Algorhythm oraz Quantum Trio to odważne i świadome deklaracje, a także kroki milowe w ich karierze.

>>>Read in English<<<

Kiedy skład twojego zespołu ulega uszczupleniu, możesz przearanżować muzykę na nowo, żeby z kwintetu grać go w kwartecie. Ale możesz wrzucić ją do termomixa i zobaczyć co wyjdzie. Tak właśnie zrobił Algorhythm – zespół, który od dobrych kilku lat zbiera świadomych muzyków, tworzących przemyślaną i konsekwentną muzykę. O Piotrze Chęckim, Emilu Miszku, Szymonie Burnosie i Sławku Koryzno pisałem przy okazji ich poprzedniej płyty, więc nie ma co się powtarzać. W skrócie Algorhythm z jednej strony stroni od jazzowego mainstreamu i akademickich naleciałości, z drugiej nie robi muzyki około-jazzowej, przystępniejszej, dla słuchacza nie zasiedziałego mocno w tym gatunku, w rodzaju EABS. Powoli, z płyty na płytę kształtują swój osobliwy język. O ile Mandala była znaczącym krokiem na przód, to właśnie Termomix jest ich najszerszym i najgłębszym jak dotąd poszukiwaniem. Ale też przykładem największej rozwiązłości stylistycznej – wydają się za bardzo elektroniczni na jazz, za bardzo jazzowi na elektronikę. To wszystko się tu łączy: zwiewne i spójne dialogowanie dęciaków, ale też podskórny bass podany przez Mooga i perkusja – nieoczywista, ale drążąca muzyczne wątki („Lemon Zest”). Są w tym quasi hip-hopowe momenty (utwór tytułowy), kiedy zespół kłania się dorobkowi Ninja Tune („The Recipe”), są wyważone jazzowe formy, chociaż zaskakujące nieoczywistymi aranżami („The Ancient Snack”), pełne pogłosów killery przypominające dokonania sceny post-yassowej, które na dodatek w połowie całkowicie zmieniają oblicze („Baba Ganoush”) albo elektroniczne pasaże, które już mogą zahaczać o Warp Records z gęstym syntezatorowym brzmieniem („Hakuna Chakula”).

Jak to bywa z termomixem jest tu wszystkiego bardzo dużo, ale z racji że proces post-produkcyjny był o wiele bardziej rozbudowany niż wcześniej, to frapująco dopracowana płyta w brzmieniu, klejeniu sampli i ścieżek instrumentów. Gęste muzyczne groovy spotykają się z akustycznymi kawalkadami perkusjonaliów, dęciaki brzmią spójnie i donośnie albo wzajemnie się przekrzykują, rozpychając w obrębie formy. Świetnie uwypukla się tu perkusyjno-moogowa sekcja rytmiczna, która raz potężnie prze do przodu („Transgroove”) albo rozdygotana wywodzi zespół w kierunku free, zachowując spójność i trzymając kontrolę nad całością. To płyta otwarta na mariaż stylistyk, spójna i zawadiacko czerpiąca z poza-jazzowych środków (syntezator Chęckiego w chociażby takim „Obscure Specialities”) i przemyślanej syntezie tych wszystkich elementów. Kwartet nie korzystał ze sprawdzonych przepisów – Termomix to ich autorskie danie, w którym łączą swoje upodobania w smacznej, pociągającej i przełomowej formie.

Jeśli w przypadku Algorhythm zaskakuje tytuł, przy nowej płycie Quantum Trio zwraca uwagę okładka, która również miesza w skojarzeniach i stylistykach. Stworzył ją Kuba Sokólski, do tej pory odpowiedzialny przede wszystkim za oprawę graficzną zespołów gitarowych i metalowych jak Merkabah, Ampacity czy Entropia. Ale okładka, wbrew pozorom, zwiastuje to, co jest w środku. Quantum Trio, podobnie jak Algorhythm, nie używa basu (od początku istnienia), a Red Fog wydaje się być ich najbardziej mięsistą płytą, przede wszystkim ze względu na bardzo intensywną grę Kamila Zawiślaka na fortepianie. Delikatniejsze melodie również się tu znajdą (przepiękne „Streams zaraz po „Hawk In), jednak to co najmocniej przykuwa uwagę to pewien mathcore’owy charakter muzyki kwartetu: intensywny, porywczy, czasem trochę ciężki.

Quantum Trio stało się nieco potężniejsze w brzmieniu, gęstsze w aranżacjach – muzyka sprawia wrażenie jakby wszystko było tu robione mocniej: solowe partie, większa spójność wzajemnej gry, uderzenia w instrumenty czy wreszcie granie fortissimo, zdecydowanie. Nie jest to jednak bieg na oślep, bo wszystko brzmi tu spójnie i przejrzyście. Przykładem wspomniane „Streams”, które w końcówce zdaje się rozciągać, otwierać formalnie, ale motyw wiodący na fortepianie świetnie trzyma całość w ryzach. Podobnie jest chwilę później, kiedy w najszybszym i najbardziej wybuchowym na płycie „Liquid Fire” Luis Mora Matus na perkusji robi co chce, a kiedy wydaje się, że zaraz przestanie iść z rytmem łeb w łeb doprowadzając instrument do wrzenia, świetnie domyka całą kompozycję. Ważny moment to utwór tytułowy, który równoważy delikatne i przejrzyste „Passing Time” i „IBBI”. Quantum Trio jest w swojej grze konsekwentne i zachowuje balans nastrojów – otwierają się na nowy szlak porywczej i gęstej muzyki, która ukazuje jazz w silnej i potężnej formie. Jednocześnie są w tym wszystkim wysublimowani, dozuję emocje. Red Fog cechuje zrównoważone brzmienie, a jednocześnie dużo wyrazistych i charakternych momentów. Okładka płyty kryje pod spodem tajemnicę, którą stopniowo odkrywa się, dochodząc do końca materiału – ten nie jest oczywisty, zaskakuje ale uświadamia jak konsekwentny i charakterystyczny jest to skład.

Algorhythm, Termomix, Alpaka
SŁUCHAJ:
🎶Spotify, 🎶Tidal, 🎶Apple, 🎶Deezer

Quantum Trio, Red Fog, Emme Record Label
SŁUCHAJ:
🎶Spotify, 🎶Tidal, 🎶Apple, 🎶Deezer