Chúpame el Dedo: zło na dyskotece

– Najlepszym sposobem na przekazanie jakiejś sztuki na tym świecie pełnym globalnej inwazji, jest utrzymanie lokalnego charakteru i umieszczenie go globalnym kontekście, zamiast wtłaczanie elementów globalnych w lokalne – opowiada kolumbijski zespół Chúpame el Dedo.

>>>Read in English<<<

Mówiąc o współczesnej scenie Kolumbii, a nawet Ameryki Południowej, nie sposób pominąć tych dwóch nazwisk. Eblis Álvarez i Pedro Ojeda znają się od czasów nastoletnich, ale na kartach tamtejszej sceny niezależnej – i, po części, także tradycyjnej – zapisali się znacząco w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Obaj rozwijają muzyczne pomysły kompozytorskie w oparciu o tradycyjną muzykę z Kolumbii. Alvarez przede wszystkim w błyskotliwym zespole Meridian Brothers, który dzięki niemieckiej wytwórni Staubgold za sprawą wydanego w 2013 roku Devoción (Works 2005 – 2011) trafił do szerszej publiczności, czego efektem były reedycje ich płyt, ale też dobrze przyjęte kolejne nagrania, jak chociażby arcyciekawy Salvadora Robot. Udało mi się już porozmawiać z nim na łamach Popupmusic.pl w 2014 roku. Pedro Ojeda znany jest przede wszystkim z osobliwego projektu Romperayo, w którym bada kolumbijską muzykę tradycyjną z lat 60., 70. i 80, ale też projektu Ondatropica, który koncentruje się na muzycznej spuściźnie tego kraju. Obaj tworzą też wiele muzycznych składów – Frente Cumbiero, Los Pirañas czy Ensamble Polifónico Vallenato, w których w różnych konstelacjach przyglądają się muzycznej tradycji swojej ojczyzny, twórczo opowiadając o niej nowym językiem, atrakcyjnym także dla słuchacza z zewnątrz, który często może mieć o niej mylne pojęcie.

Obaj tworzą też oryginalny duet Chúpame El Dedo, który wykiełkował z projektu powstałego na zamówienie berlińskiego festiwalu w regularnie koncertujący skład. Na wydanym w 2014 albumie muzycy pokazali w jaki sposób w tropikalnym filtrze można przedstawić metal i grindcore. W opublikowanym przed kilkoma tygodniami No te metas con Satán idą o krok dalej, nie tylko walcząc z kliszami wokół tradycyjnej muzyki kolumbijskiej, ale przede wszystkim muzyki metalowej, pokazując ją w bardziej tanecznej i rozrywkowej odsłonie, budując błyskotliwą narrację wokół głównych postaci, których metal i satanizm fascynuje. Chupame El Dedo nie koncertują często, ale warto ich zobaczyć na żywo – jak sami przyznają to projekt, którego istotnym elementem są koncerty i parateatralny charakter. Potwierdzam to, po tym, co zobaczyłem na festiwalu Tremor na Azorach w kwietniu, gdzie zagrali. To duet erudytów, ale też wspaniałych showmanów, którzy na żywo potrafią dodać swojej muzyce jeszcze więcej walorów, tworząc charakterny i zapadający w pamięć show. Słuchajcie ich płyty i złapcie na koncertach, w którymkolwiek z wyżej wymienionych składów. Wcześniej zachęcam do lektury naszej rozmowy: o szatanie, podróżach, kliszach, tradycyjnej muzyce Kolumbii i tym, dlaczego warto o niej przypominać.

Jakub Knera: Jak powstało Chúpame El Dedo?

Eblis Álvarez: Ten projekt został zamówiony przez Detlefa Diederichsena, dyrektora „House of World Cultures” w Berlinie. Zazwyczaj organizuje festiwale tematyczne i wybiera różne tematy – jednym z nich był festiwal „Zła muzyka” (ang. evil music) w październiku 2013 r. Zapraszał różnych artystów z różnych krajów i chciał, żebym również coś przygotował – wiedział, że w pewnym momencie byłem naprawdę wielkim fanem muzyki metalowej. Wziąłem wszystkie te metalowe wpływy z mojej nastoletniej, tropikalnej esencji, z którą pracowałem przez dekadę. Poprosiłem Pedro, żeby do mnie dołączył, ponieważ znamy się bardzo długo i graliśmy razem w różnych zespołach.

Pedro Ojeda: Od wielu lat gramy razem z Eblisem i Mario Galeano oraz kilkoma innymi przyjaciółmi ze szkoły. Mieliśmy wiele projektów. Zaczęliśmy nad tym pracować, komponować muzykę i skończyliśmy, tworząc projekt w Berlinie. W Discrepant, gdzie wydaliśmy kilka albumów, udało się też sfinalizować Chúpame El Dedo w postaci płyty. Potem zaczęliśmy grać na imprezach i imprezach. To było bardzo ekologiczne, mało zamierzone, wszystko po prostu płynęło z prądem.

Eblis: Gonçalo z Discrepant wydał nasz album na kasecie, ale szybko się wyprzedał, więc postanowił wytłoczyć go na winylu. Zaczęliśmy grać koncerty, ale nie mieliśmy wystarczającej ilości materiału – za każdym razem, gdy przestać grać, zapraszano nas na kolejne koncerty i znów graliśmy. Aż w końcu postanowiliśmy nagrać drugą płytę.

Jak się poznaliście?

Eblis: Znamy się od dzieciństwa, odkąd skończyliśmy trzynaście lat. Poznaliśmy się w szkole średniej i gramy razem od dwudziestu pięciu lat: rock, punk, rozwijamy naszą muzykę. Nawet jeśli opuściliśmy Kolumbię, zawsze znajdywaliśmy miejsce na spotkanie, aby znów być razem i grać. W ostatnich latach dużo pracowaliśmy z różnymi projektami: Los Pirañas, Frente Cumbiero, wyprodukowałem kilka płyt Romperayo, stworzyliśmy Chúpame El Dedo.

Mówiłeś, że byłeś fanem metalu.

Eblis: Metalowa muzyka stała się bardzo ciężka w Kolumbii i w całej Ameryce Łacińskiej. Nie wiem, dlaczego, ale myślę, że dotyka ona jakiejś części duszy lub zbiorowej nieświadomości, czegoś, co ma w sobie jakiś gniew.

Metal stał się flagą wielu ludzi. Z jednej strony takich którzy słuchali muzyki punkowej i zrobili to bardziej w sposób polityczny, ponieważ byli dotknięci gniewem punka. Z kolei fani metalu byli bardziej duchowi i muzyczni. Byłem w drugiej grupie – byłem poruszony muzyczną i duchową drogą tej muzyki.

Co masz na myśli mówiąc „duchowy”?

Eblis: Ten satanizm lub przywołanie Szatana w muzyce metalowej zastąpiło trochę nasze stare chrześcijańskie pochodzenie. Wszyscy twierdzą, że są ateistami, ale w pewnym momencie każdy należy do jakiejś grupy lub zbiorowości religijnej na świecie. Ten muzyczny i duchowy aspekt muzyki metalowej ze względu na wirtuozowski sposób grania i niektóre aspekty duchowe trafia do wielu ludzi, byłem jednym z nich. W ostatniej części lat 80. i 90. bardzo często nastolatkowie byli metalowcami lub punkami. To było naturalne w moim środowisku.

W Chúpame El Dedo patrzycie na muzykę death metalową lub grindcore z perspektywy muzyki tropikalnej. W ciężkiej muzyce perkusja, na której grasz Pedro, jest bardzo ważna.

Pedro: Właściwie nigdy nie byłem metalowcem. Kiedyś kochałem rock progresywny, ale grałem bardziej punkowo. Miały na mnie wpływ hardcore’owe zespołu z Medellín, niegrzeczne z dużą ilością gniewu – tak zacząłem grać na perkusji. Ale nigdy nie byłem w scenie metalowej i tego typu rzeczach. Metal nie miał większego wpływu na moją grę, ale podejście do gry w metalu i punku jest bardzo podobne do tego, które można znaleźć w niektórych tradycyjnych gatunkach z Kolumbii. Mają dużo energii, wysoką czułość. I gram głównie rytmy z Kolumbii i Karaibskiego Wybrzeża z taką energią i uderzeniem, które są bardzo intensywne.

Czy możesz porównać te dwa rodzaje energii – z metalu lub punka i tradycyjnej muzyki?

Oba te gatunki są bardzo zainteresowane rytmem i muzyką – w tym sensie są bardzo podobne.

Eblis, mówisz o gniewie związanym z ciężką muzyką, podczas gdy w kulturze popularnej Kolumbia jest bardziej silnie utożsamiana z radosną cumbią.

Eblis: Kiedy byłem młody, cumbia była bardziej popularna i wiejska. W tamtych czasach było to naprawdę coś marginalizowanego. Kiedy dorastałeś w stolicy w klasie średniej i słuchałeś cumbii w latach 80. i 90., był to objaw złego smaku. Później, w latach 90., zaangażowałem się w muzykę tropikalną. Ale kiedy miałem 12 lat, wchodziłem w nowe i fajne trendy, a takimi wtedy był metal albo punk.

Jak wróciłeś do cumbii i muzyki tradycyjnej po dekadzie przerwy?

Eblis: Wiesz, miałem to niejako we krwi. Mój ojciec pochodzi z Wybrzeża – dorastał, słuchając vallenato, salsy i cumbi. Słuchał tego, był w getcie i aktywnym członkiem tzw. costeños, chłopaków z wybrzeża Kolumbii. Ludzie ci zazwyczaj bardzo byli bardzo zmarginalizowani, zostali odrzuceni przez społeczeństwo, ponieważ należą do wybrzeża i do innej kultury, która była uważana za coś z interioru. A mój ojciec naprawdę zakorzenił się w tradycji i swojej tożsamości. Dorastałem z tą dziwną muzyką costeños i będąc w stolicy, gdzie wszyscy nastolatkowie słuchali amerykańskiej i europejskiej muzyki i nic o naszych korzeniach nie wiedzieli, było to dla mnie ogromnym kontrastem.

Pedro: U mnie też zaczęło się, gdy byłem bardzo młody – mój tata bardzo interesował się muzyką, zwłaszcza muzyką z wybrzeża Atlantyku w Kolumbii, vallenato. Był wrażliwy, śpiewał nam piosenki, których się nauczył, gdy był młody – zna wiele piosenek i rytmów, chociaż nie jest muzykiem. Po raz pierwszy dzięki niemu zapoznałem się z tą muzyką. Później wpadłem w rock i punk z moimi przyjaciółmi i zapomniałem o tych korzeniach w moim życiu, dopóki nie miałem około 20 lat, kiedy na nowo odkryłem tę muzykę poprzez płyty. Słuchaliśmy ich i próbowaliśmy grać tę muzykę. Rzecz w tym, że po nie ma punktów zwrotnych: zawsze znajdujesz nowe rzeczy i szukasz nowych albumów. Tym razem łatwo było znaleźć wiele płyt na winylu, a nie na płytach CD – nie weszły one w erę CD. Zaczęliśmy zbierać analogi, dzięki czemu jesteśmy bardzo świadomi bogactwa kolumbijskiej dyskografii.

Eblis: W tamtym okresie poznałem wyjątkowego przyjaciela Javiera Moralesa, który jest swego rodzaju szamanem. Mówił „posłuchajmy cumbii lub vallenato” i dzięki temu zaczęliśmy być dobrymi przyjaciółmi. W zabawny sposób funkcjonowaliśmy wbrew status quo nastolatków, którzy słuchali muzyki rockowej, metalu lub grunge, a nawet muzyki elektronicznej. I przypadkiem bardzo wcześnie wkroczyliśmy w muzykę tropikalną.

Muzyka tropikalna jest wspólnym punktem waszych różnych projektów, nie tylko Chúpame El Dedo, ale także Los Pirañas czy Meridian Brothers. Ale z drugiej strony co dla ciebie jest w niej najważniejsze?

Eblis: Jest wiele punktów widzenia i odpowiedzi na to pytanie. Najszybsze jest dla mnie stwierdzenie, że muzyka tropikalna jest materiałem pierwotnym na kilka sposobów. Po pierwsze, ważne jest to jak brzmi – ten dźwięk jest głównym kanałem do przekazywania całego zestawu pomysłów. Mam na myśli pomysły artysty – kiedy malarz chce coś namalować, jego dzieło jest efektem połączenia emocji, obrazu, doznań, a nawet jakiegoś racjonalnego pomysłu, które potem nanosi na płótno. To dla mnie to samo: mieszanie wszystkich tych pomysłów – konceptualnych, muzycznych, nieświadomych, emocjonalnych, które filtruję przez muzykę tropikalną. Drugą stroną jest myślenie polityczne – zwykłem być naprawdę zdekolonizowanym facetem, będąc przeciwko najeźdźcy (śmiech). Dla mnie najlepszym sposobem na przekazanie jakiejś sztuki na tym świecie pełnym globalnej inwazji, jest utrzymanie lokalnego charakteru i umieszczenie go w globalnym kontekście, zamiast wtłaczanie elementów globalnych w lokalne. Bo to zatruwanie naszej społeczności – przyjęcie globalnego chłamu i umieszczenie go w społecznym centrum społeczności. Wolę brać tropikalne elementy i umieszczać je w kontekście globalnym.

Jak rozumiesz muzykę tropikalną? Czy ma to jakiś związek z nurtem tropicália?

Eblis: To tendencja do łączenia tych dwóch terminów: tropicália to coś, co pochodzi z Brazylii, o bardzo specyficznym formacie, to słynna muzyka z udziałem ważnych artystów. Z kolei muzyka tropikalna to zbiór wpływów, które pochodzą z połączenia afrykańskich korzeni w Ameryce Południowej. Kiedy niewolnicy z diaspory tu, na kilku poziomach ustanowili pewien rodzaj muzycznej tożsamości: kolumbijskiej, kolumbijsko-atlantyckiej, kolumbijsko-pacyficznej, peruwiańskiej i karaibskiej. Tę muzykę, która połączyła się z hiszpańską i rodzimą muzyką w różnych proporcjach, nazywam tropikalną.

Czy ta tradycja jest ważna dla Kolumbijczyków?

Pedro: Tak, ale oni znają tylko jedną lub dwie piosenki, mają rodzaj wyimaginowanego obrazu cumbii, krajowego rytmu, znaczenia kolumbijskiego repertuaru.

Repertuar, który ludzie znają, jest bardzo ograniczony, a przecież w Kolumbii jest wiele rytmów nagranych na tak wielu płytach. Tyle, że społeczeństwo nie ma o tym pojęcia, a często także ci, którzy muzyki uczą się w szkole – nie dbają o to dziedzictwo, opierają się głównie na europejskim i amerykańskim repertuarze muzyki klasycznej i jazzowej. Mnóstwo tradycyjnej muzyki kolumbijskiej jest wciąż nieznane.

Co jest dla ciebie najważniejsze w tradycyjnej muzyce z Kolumbii?

Pedro: Rzecz w tym, że jest tak wiele różnych gatunków tej muzyki w różnych częściach kraju. Tylko na wybrzeżu Atlantyku jest sto rytmów. To samo dotyczy wybrzeża Oceanu Spokojnego – używają różnych rytmów, instrumentów itp. Tak samo jest z zachodnią częścią, graniczącą z Wenezuelą. Rdzenne społeczności też mają swoją muzykę. Ważne jest, aby przenieść tę muzykę do miast, aby ludzie mogli ją poznać.

Eblis, wyjechałeś z Kolumbii, aby studiować w Danii. Jak ważna była ta podróż, aby zyskać pewien dystans do własnej kultury tradycyjnej?

Eblis: To było dla mnie bardzo ważne. W tym samym czasie szukałem innej kultury z zewnątrz. I patrzyłem na własną kulturę na zewnątrz – dokonała się we mnie bardzo duża zmiana, także w myśleniu o tym co i jak chcę tworzyć

Pedro, ty wyjechałeś do Kanady i na Kubę – czy to też dało ci dystans?

Pedro: Całkowicie! Zwłaszcza gdy pojechałem na Kubę. To kraj bardzo skupiony na swojej kulturze. Pamiętam, jak dotarłem do Hawany, żeby studiować muzykę i grę na perkusji, a już na lotnisku wdałem się dyskusję z taksówkarzem. Powiedziałem mu, po co przyjechałem, na co odparł: „więc znasz rodzaje klawów (wzorów rytmicznych – red.) w muzyce kubańskiej?”. Nie wiedziałem o tym, a taksówkarz, który nie był muzykiem, jako pierwszy uczył mnie o graniu muzyki i relacjach między instrumentami w tradycyjnej muzyce na Kubie. Byłem pod wrażeniem. Ale tak jest w całym kraju: każdy wie dużo o swojej muzyce i kulturze. Studiowałem tam przez rok, a potem wróciłem do Kolumbii, by badać muzykę z mojego kraju. Robiłem to, a potem po roku pojechałem do Kanady. Poszedłem do szkoły jazzowej w Toronto, aby wziąć udział w programie muzyki jazzowej i światowej – zapoznałem się z muzyką z Afryki, która dla mnie była całkowicie oszałamiająca. Zacząłem łączyć muzykę kolumbijską i champetę, muzykę afrykańską w Kolumbii. Spotykałem ludzi z różnych krajów i bawiłem się z nimi – pochodzili między innymi z Jamajki, Tahiti lub Nigerii. To było bardzo bogate doświadczenie. Po trzech latach zdałem sobie sprawę, że muszę wrócić do Kolumbii i prowadzić badania nad własnymi relacjami z muzyką kolumbijską.

Jak porównalibyście sposób tworzenia muzyki w innych projektach, takich jak Meridian Brothers, Romperayo, Los Pirañas czy Frente Cumbiero z Chúpame El Dedo?

Eblis: Właściwie w większości projektów wkładając wiele wysiłku w pracę w studio. To moja obsesja, by robić bardzo szczegółowe i ostrożne rzeczy. W Chúpame El Dedo wszystko układamy na żywo, komponując i grając. Ale źródłem tego składu są koncerty, a nie abstrakcyjne pomysły, które przychodzą do życia jak w Meridian Brothers.

Pedro: Na pewno wszystkie te projekty opierają się na kolumbijskiej tradycji i jej historii muzycznej. Zawsze staramy się mieć bardzo wyraźne odniesienia do płyt. W tym samym czasie każdy projekt ma swoją własną tożsamość i własne brzmienie: Romperayo nie jest tak ciężki jak Chúpame El Dedo, kompozycje są inne, podobnie jak sposób, w jaki gram. Chúpame El Dedo i Los Pirañas opierają się bardziej na kreatywnych projektach między Eblisem a mną i Mario w drugim. Muzyka jest napisana przez nas wszystkich, podczas gdy w Romperayo jestem jedynym, który komponuje muzykę.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że Romperayo zacząłeś jako laboratorium w twoim domu.

Pedro: Dokładnie – zaczęło się jako laboratorium sampli ze starych kolumbijskich płyt. Te pomysł opiera się na historii dyskografii kolumbijskiej. Staram się naśladować brzmienie niektórych wytwórni płytowych, które produkowały bardzo dobrą muzykę w Kolumbii w latach 60, 70 i 80. To, jak to się zaczęło, ale wciąż mam cel pod względem brzmienia – staram się umieścić ten repertuar w nowoczesnym stylu gry. Został rozwinięty – ostatnia płyta ma dużo elektroniki i syntezatorów.

Więc twoim celem w tworzeniu muzyki jest wprowadzenie tych różnych gatunków i pokazanie ich w nowoczesny sposób?

Pedro: Dokładnie! Zabawną rzeczą jest to, że zdaniem wielu osób z Kolumbii ta muzyka jest bardzo archaiczna, to coś co powinno być w muzeum. Ale w rzeczywistości tradycja zawsze ewoluowała.

W latach 60. i 70. eksperymentowano z muzyką kolumbijską z dużymi zespołami i orkiestrami grającymi na instrumentach elektrycznych z organami i syntezatorami. Ale ponieważ większość tych nagrań nie została wydana na CD, zwykli ludzie po prostu nie wiedzą, że to się wydarzyło. Więc, kiedy eksperymentujemy z muzyką elektroniczną, wcale nie jest niczym nowym. Ludzie robili to wcześniej!

Eblis, powiedziałeś, że aspekt performatywny w muzyce Chúpame El Dedo jest bardzo ważny. Ciężko się z tym nie zgodzić, zwłaszcza po zobaczeniu waszego koncertu na festiwalu Tremor. Obaj nosicie kostiumy, ale też wcielacie się w dwie postacie: Alexandrę Candelarię, postać o cienkim głosie i growlingującego mężczyznę.

Eblis: To właśnie efekt koncertów. Początkowo Chúpame El Dedo miało być dwoma gardłowymi postaciami muzyki metalowej: bardzo wysokim tonem i niskim, co jest bardzo powszechne w death, gotyku czy symfonicznym metalu. Zdecydowałem się wykorzystać efekty na głosach, ale potem zdecydowaliśmy się na podkłady Pedro w niektórych wokalach. Pedro jest bardzo zabawnym facetem, improwizuje i rozmawia z publicznością. Wszedłem w jego grę, żeby rozmawiać z publicznością, ale jest o wiele zabawniej, gdy rozmawiasz z tymi efektami i stajesz się kimś innym. Zaczęliśmy tworzyć charakterystyczne postacie, rozmawiając z publicznością podczas naszego pierwszego koncertu, a następnie zdecydowaliśmy się wprowadzić je na naszym drugim albumie. Masz więc trochę dziecinnego śpiewu – w ten sposób te dwie postacie zostały przekształcone.

Pierwszy album został nagrany z materiałem z koncertu na zamówienie. Jaki był pomysł na „No te Metas con Satan”?

Eblis: W Paryżu był ważny festiwal, więc myśleliśmy, że musimy stworzyć zestaw nowych piosenek. Wcześniej graliśmy koncerty, które trwały 20 minut, ponieważ nie mieliśmy więcej muzyki! Zrobiliśmy ją i wydaliśmy, a nowy album motywowały koncerty z Francji. Wiele nauczyliśmy się po poprzedniej płycie i naszym celem było stworzenie pewnego społecznego symbolu, jakim okazała się dyskoteka. Chcieliśmy aby wszystkie nasze piosenki miały taneczny charakter.

Czy ta metalowa i grindcoreowa muzyka wciąż jest „zła” na parkiecie? Zmieniacie przecież kontekst.

Eblis: Zmienia się, chcemy komunikować się i mieć naprawdę efektywny program. To już nie jest projekt konceptualny. Jest rozwijany – nie jest to jednorazowe, bo gramy trasy dla dla ludzi, którzy go słuchają, to nasz normalny i regularny zespół.

Czy uważasz, że może to zmienić perspektywę na muzykę metalową osób, które uczestniczą w waszych koncertach?

Eblis: Dziennikarz The Wire napisał, że nasza muzyka nie jest wystarczająco „zła” jak na metal. Rozumiem to, ale rozszerzamy pojęcie muzyki zła na tekst bardziej powierzchowny.

Używamy satanizmu, ale znajdujemy nowe sposoby i rozwijamy te dwie zagmatwane postacie, będące pod wpływem internetu, które mówią wiele politycznych bzdur i nawiązują do bezsensownych kultów. To odzwierciedlenie współczesnego społeczeństwa, które jest tak zagubione w przemówieniach i kościele. I nie mam na myśli kościoła religijnego, ale kościoły ideologicznych bon-motów. Po prostu staramy się to ująć w cały zestaw nicości (śmiech) i robić z tym muzykę.

Chodzi o to, żeby mieć w sobie wszystkie te bzdury – satanizm, kościoły, pokój i miłość, cokolwiek – ale w rdzeniu jest abstrakcyjny język muzyki, który jest czymś, co przychodzi bezpośrednio do duszy. Część taneczna jest narzędziem, by wejść w ten duch. W końcu jest to bardzo abstrakcyjna muzyka otoczona tymi wszystkimi bzdurami.

Pedro: To pokazuje, czym jesteśmy – naprawdę lubimy tworzyć muzykę na parkiet, ważna jest dla nas impreza i radość życia. Pierwsza płyta została nagrana na koncert w Berlinie, w drugiej jest więcej nas samych – to, co chcieliśmy zrobić, to bardziej nasz własny głos. Dla mnie to projekt, w którym możemy być bardziej otwarci. To bardzo teatralne i traktujemy to żart. Masz dwoje dzieci, które udają satanistów, ale nawet nie wiedzą, co to jest, ponieważ tak naprawdę nie mają związku z death metalem. To jest sprawa getta, w którym udają satanistów, ale im to nie wychodzi – po prostu nie wiedzą, jak to zrobić. Jednocześnie są niewinni – zawsze mówią, że są satanistami, ale jednocześnie starają się być dobrzy i robić dobre rzeczy ludziom. Z naszej strony to żart, żeby pokazać, że samo zło nie istnieje. To, co istnieje, to ludzie robiący różne rzeczy i psujący cały świat. To właśnie robią religie: mówią ci, abyś bał się piekła i diabła, ale w rzeczywistości zło bywa niewinne, wesołe i radosne – to próbujemy pokazać w Chúpame El Dedo.

Drugi album Chúpame El Dedo „No Te Metas Con Satan” ukazał się właśnie nakładem Discrepant. Można go kupić tutaj.