Pięć razy gitary

Z muzyką z Trójmiasta bywa różnie: raz posucha, nagle urodzaj. Wiosna obrodziła w mnóstwo płyt gatunkowo bardzo zróżnicowanych. Wybrałem z nich piątkę reprezentantów muzyki gitarowej – cięższej i lżejszej, piosenkowej i instrumentalnej. Kolejność nieprzypadkowa.

>>>Read in English<<<

Castlings, Castlings EP

Castlings to, zaryzykowałbym stwierdzenie, kolejna próba Kuby Kozaka przeniesienia na polski grunt ciepłych, trochę surf-rockowych piosenek o miłości, idealnie nadających się na wakacyjne wycieczki nad morze. Jest w nich lekkie zacięcie rock’n’rollowe, są przyjemne gitary i niezobowiązująca sekcja rytmiczna. Jest też trochę piskliwy, ale fajny wokal Oliwii Walewskiej, który wszystkim tym utworom dodaje posmaku i świeżości. Castlings świetnie sprawdziliby się na niejednej letniej imprezie – mają smykałkę do przebojów. Zamykają się w zgrabnych 2-3 minutowych formatach, skrojonych na radio, ale bez cienia sztuczności czy pretensji. Przypomina mi się nieodżałowany zespół The Esthetics Kozaka, który skończył działalność na epkach, a jednocześnie był pierwszym przebłyskiem niezobowiązującego, ale pomysłowego i przemawiającego do wyobraźni grania. Tu zdaje się być jeszcze lepiej: zwinna perkusja jest przeplatana gitarowymi solówkami, a nad wszystkim wiszą teksty o miłosnych, nadmorskich podbojach. Niby nic oryginalnego, ale miło się słucha.

Blindead, Niewiosna

Tutaj wprost przeciwnie – z powyższego, lekkości, w ciężar. Z jednej strony po ostatnich przejściach, jakich doświadczyło Blindead, warto dać im taryfę ulgową, z drugiej strony ciężko to zrobić w przypadku autorów takich płyt jak Affliction XXIX II MXMVI czy Absence. Sami opowiadają o sobie obecnie jako o projekcie, którego rdzeń tworzy już tylko trójka muzyków (Mateusz Śmierzchalski, Konrad Ciesielski i Bartosz Hervy), do których w różnych okolicznościach będą dołączać kolejni. Na albumie Niewiosna jest to Nihil z Furii, i wywołuje to zainteresowanie albumem, co jednocześnie jest plusem i minusem. Plusem, bo jego wokal ciekawie się w ciężkie brzmienie zespołu wkomponowuje, minusem, bo często za bardzo przyciąga uwagę. Traci na tym część muzyczna, a i za często sprawia wrażenie jakby była grana pod niego. Utwory dosyć często ciągną się niemiłosiernie; za dużo formy, za mało treści. Blindead trochę brakuje siły, a kiedy uderzają to mdlą („Ani lekkomyślnie, ani bezboleśnie” ze zniekształconym wokalem i klawiszami w tle). Da się z tego wyciągnąć esencję, ale wtedy materiału zostanie bardzo mało, a po takim zespole spodziewałbym się o wiele więcej.

Pył, Pył

Cień przeszłości wisi też nad zespołem Pył. Bo kiedy Ampacity było u szczytu swoich możliwości i zespół porządnie rokował na przyszłość, zakończył działalność. Jego pokłosiem, w pewnym sensie jest Pył, chociaż gra tu zaledwie 2/5 wyżej wymienionego składu (Piotr Paciorkowski i Wojciech Lacki) oraz perkusista zespołu Marksman (również już nie istniejącego), Przemysław Głowacki. Debiutancki album Pył sięga po różne wątki, zazwyczaj w krótkich formach: „Boy No Power” to nowoczesny prog-rock w styli Ampacity właśnie, „Rhei” to przestrzenny i pulsujący post-rock, z kolei „Niedźwiednik 1” to rzecz o wiele cięższa, kontrapunktowana w części drugiej saksofonem i klawiszami. Ciekawie wybrzmiewa „PTSD” albo finałowy, lekko yassowy „aste”, ale te zwroty kierunkowe rażą trochę brakiem spójności i nie do końca przemawiają jako całość. Kiedy trio buduje napięcie, nie wytrzymuje go i zwalnia tempa za chwilę, a ja jako słuchacz tracę zainteresowanie, żeby być w tej historii dalej. Najciekawszy jest właściwie finał – niezobowiązujący, lekki, ale treściwy. Wcześniejsze utwory to trochę szukanie formy i bazowanie na pomysłach z poprzednich zespołów.

Kwiaty, Kwiaty

Kwiaty debiutancką płytę wydawały długo jak mało kto (na bandcampie tak jak innych tu opisywanych, nie znajdziecie) – piosenki mieli gotowe już w 2017 (były na soundcloud!), rok później album krążył na koncertach, ale finalnie ukazuje się teraz. Kwartet żongluje nastrojami – „TLK” to senna i impresyjna podróż, z drugiej strony „Honda” to punkowy, dźwiękowo bardzo dobrze wyprodukowany wybuch. Maja Andrzejewska ma wokal ciekawszy niż wokalistka Castlings i pokazuje jego różne barwy – śpiewa bardziej sennie, zmysłowo albo i krzyczy porywczo. Reszta zespołu (bas-perkusja-gitara) nie jest wcale dłużna, co świetnie słychać we wspomnianej „Hondzie”, ale i w wielu innych momentach w zupełnie innej odsłonie gdy np. cedzą dźwięki w „Na Wydmach”. Kwiaty są trochę neurotyczne, pełne emocji, subtelne, ale czasem wyraziste aż do bólu jak w przestrzennym riffie w „Koniec Wakacji”. Ich piosenki nie są tak łatwe do rozgryzienia i może dzięki temu mają w sobie tyle charakteru, czasem wręcz bezczelnego (ta buzująca i nieokiełznana „Pogoda”!). No i teksty, jak na polską piosenkę zachowują poziom i zapadają w pamięć.

Judy’s Funeral, Trzôsk

Na kolejny album Judy’s Funeral czekałem całe wieki, chociaż w między czasie podzielili się jednym utworem na kompilacji Nowe idzie od morza cztery lata temu (sic!). Trzôsk w języku kaszubskim oznacza hałas i pewnie zawiedzeni będą ci, którzy tych kaszubskich tropów po tytule się spodziewali. Judy’s Funeral raczej rysują nim klamrę skojarzeniową, zogniskowaną wokół zmultiplikowanej rzeczywistości, konfliktu między naturą a cywilizacją, ale też mocnego osadzenia w lokalności, chociaż nie w dosłowny sposób (jedyny, gdyński trop dostajemy w „Strach się Bać”). Trio pięknie uderza ciężkim brzmieniem (instrumentalna „Kraina Radości”), a jednocześnie punkową i porywczą lekkością w utworze tytułowym czy wspomnianym „Strach się bać” (genialne!), gdy śpiewa Marcin Lewandowski, talerze perkusyjne łopoczą a efekty gitarowe fajnie ubarwiają melodie albo „Kropla” gdy ciężkim głosem zawodzi Piotr Piórkowski. Trzôsk to odświeżające połączenie zimnej fali i noise, ale też przebojowości i frapujących, nieszablonowych tekstów. Jedna z najlepszych piosenkowych gitarowych płyt w Trójmieście od wielu lat, a i w skali całego kraju w tym roku pozycja obowiązkowa.