Alameda nie skończyła się na „Kill’em All”

Alameda 5 na Eurodrome ma smykałkę to złożonych i przestrzennych form spod znaku Can, otwartych na eksperymentowanie z dźwiękiem, brzmieniem i obficie ornamentowanych. To odwołanie się do tradycji przefiltrowane przez świeże spojrzenie – nieprzegadane, wciągające i świeże, pełne esencji.

>>>Read in English<<<

Co ma Alameda do Kill’em All? Do tej pory mógłbym powiedzieć, że Alameda (biorąc pod uwagę wszystkie składowe konstelacje) skończyła się na Kill’em All, mając na myśli ich pierwszy album Późne Królestwo. Kolejne płyty zespołu powołanego do życia przez Kubę Ziołka (który zdążył już od tego czasu dostać Paszport Polityki) nie dorównywały tej płycie, pierwszej nagranej w zespołowym składzie jako trio (z Mikołajem Zielińskim na basie i Tomkiem Popowskim na perkusji). Nie liczę pierwowzoru wszystkich Alamed, który wyjaśnia skąd te numery na końcu, czyli solowej epki Ziołka z 2011 roku o najdłuższym tytule jaki widziałem, nagranej jeszcze jako Alameda County Death Cult, solo. Inna sprawa, że to rzecz wydawałoby się schowana przed światem – znalazłem utwory tylko tu i tu,  i jedyny w tamtym czasie wywiad z muzykiem o początkach jego pomysłów na Alamedę/Alamedy.

Późne królestwo z 2013 roku balansowało pomiędzy rockiem progresywnym, black metalem, zahaczało w nieoczywisty sposób o folk, ale było też sugestywną wypowiedzią oszczędnego składu, który zaowocował dramaturgicznie błyskotliwą muzyką. Zanurzoną w spojrzeniu w przeszłość, ale ciekawie wiele wątków gitarowej tradycji odświeżającą – taki utwór „Teraz widzę już tylko rzekę” w całej swojej misternej konstrukcji jest jednym z najlepszych, jakie na polskiej scenie powstały w ciągu kilku ostatnich lat i chętnie do niego wracam.

Później Alameda rozwijała skład ilościowo, nie do końca chronologicznie i nie do końca jakościowo, chociaż przy każdym kolejnym wydawnictwie słychać było wyłącznie pianie z zachwytu, często na wyrost. Jeszcze na Unsound mieli zagrać w czwórkę, ale na scenę wyszli w piatkę, a potem zarejestrowali materiał na Duch Tornada, który ukazał się w 2015 – sbyt rozimprowizowany, a w obliczu istniejącego wcześniej Innercity Ensemble trochę wtórny, część wątków powielający. No i trzeba jeszcze pamiętać o dwóch albumach Starej Rzeki czy nagraniach T’ien L’ai, w których wątki Alamed z większym lub mniejszym natężeniem się przeplatają.

The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo z 2017 w duecie Ziołek/Zieliński był pomysłem na gitary skustyczne był inspirowany muzyką grecką, a wydany przed rokiem cięższy gitarowa Czarna Woda w odsłonie kwartetowej.

Wiadomo, Alameda 5 to nie tylko Ziołek, ale – poza Mikołajem Zielińskim – znakomity i bardzo szeroko osadzony na polskiej scenie w elektroakustyce i perkusjonaliach Rafał Iwański, improwizator ze swoimi początkami w bydgoskich Maestro Trytonach perkusista Jacek Buhl i Łukasz Jędrzejczak, który pierwsze kroki stawiał na scenie hardcore’owej, a obecnie poza wspomnianym T’ien L’ai tworzy Duży Jack czy postpunkowy zespół Javva (z wyżej wspomnianym Zielińskim), którego płyty w tym roku wyglądam z niecierpliwością.

Przejdźmy więc do Eurodrme – to pierwsza druga płyta (sic!) w historii wszystkich inkarnacji Alamed, która niejako weryfikuje wcześniejsze pomysły, pozwala też na nowo spojrzeć na zespół zarówno muzykom jak i słuchaczom. I słychać, że nie jest to grupa tak spontaniczna i przez to nie aż tak chaotyczna jak na Duchu Tornada, ale zespół, który dokładnie przemyślał co i jak chce zagrać. To nawet trochę album konceptualny, w którym jest uwypuklona rola każdego z muzyków, dopracowane brzmienie i pomysły na złożoną opowieść rozciągającą się na 50 minut.

Zespół frapująco kumuluje szeroki wachlarz pomysłów – od elektroakustycznej samplodelii („Blitz-Krieg-Spiel”), przez krautrockowe, rozwijające się pasaże („Tubarao”), świetnie wykorzystane perkusjonalia Jacka Buhla, które trzymają strukturę, a nie jedynie rozimprowizowaną i niechlujną formę („Embryo”), wciągające pomysły na łączenie rytmicznych form 4/4 z motywami gitarowymi („CDTE”) po struktury najzwyczajniej w świecie piosenkowe, nieoczywiste ale bardzo melodyjne („Roam the Bottom”).

Ma Alameda smykałkę to złożonych i przestrzennych form spod znaku Can, otwartych na eksperymentowanie z dźwiękiem, brzmieniem i obficie ornamentowanych. Przemawia jako przemyślana całość, płynna i wciągająca swoją opowieścią (świetne przejście pomiędzy „Embryo” a „CDTE”). Drugi utwór z płyty jest w zasadzie doskonałym do niej wprowadzeniem i kumulowaniem się kolejnych warstw – od perkusjonaliów, przez bas, gitarę, elektronikę, detale czy soniczne efekty w tle, które kwitną w kolejnych minutach, na kanwie wyrazistego i chwytliwego, pulsującego trzonu utworu. Dobrym punktem jest łączący płynnie wiele motywów „Cassius”, który otwiera się perkusjonaliami z wokalem i elektroniką w tle, potem dochodzą kolejne bębny, aż wreszcie bardziej metaliczna perkusja i gitarowy, potężnie brzmiący finał.

Europejski koncept przemawiający z tytułu nie jest ujęty w formie dosłownej – wypowiedzi osób w różnych językach na abstrakcyjne tematy nie kierują uwagi na polityczny tor, ale pozostawiają słuchacza przy muzyce, co Alameda umiejętnie robi nie po raz pierwszy. Podoba mi się to „orkiestralne” brzmienie, umiejętność rozsądnego podziału ról, w efekcie czego każda minuta jest tu wykorzystana i mielizn praktycznie nie ma. Nawet jeśli rytm i pulsacja są tutaj najsilniej odczuwalnym elementem to nie są zbanalizowane – jest klarownie i konsekwentnie. Warstwa rytmiczna jest koherentna, wokal Ziołka, który swoim głosem wplata w tę intensywną muzykę piosenkowy posmak, wyłania się w odpowiednich momentach, jako kolejna równoprawna warstwa dźwięk, a nie dominujący nad innymi wokalista. To także barwne odwołanie się do tradycji lat 70, przefiltrowane przez świeże spojrzenie – nieprzegadane, wciągające i świeże, pełne esencji. Od Późnego Królestwa najlepsza rzecz jaka pod szyldem Alameda zostało nagrane.

Alameda 5, Eurodrome, Instant Classic

SŁUCHAJ: 🎶 Spotify, 🎶 Tidal, 🎶