5 odznak dla Wooleya

Columbia Icefield jest dziełem monumentalnym. Od ścisłej kompozycji do improwizacji, przez wzajemną uwagę i błyskotliwe, rozwijane mistyczne misterium. Nate Wooley ze swoim kwartetem stworzyli dzieło wciągające i onieśmielające, o wielkim rozmachu.

>>>Read in English<<<

Nate Wooley często nagrywa albumy epickie, monolity, które koncepcją i wykonaniem zwracają na siebie uwagę. By wspomnieć pierwsze z brzegu Syllabes czy Seven Storey Mountains (na część piątą ma złożyć się gra dziewiętnastu muzyków, a na szóstą aż trzydziestu!), ale często nie tylko skład świadczy o potędze brzmienia, ale i pomysł. Tak jest w przypadku Columbia Icefield, zainspirowanego podobno lodowcem (a może to po prostu dobre zobrazowanie kontekstu tej muzyki), ale też kompozycją Long String Instrument Ellen Fullman, jak trębacz wspomina w jednym z wywiadów. O monolicie może też świadczyć znakomita konstelacja doświadczonych i otwartych muzyków, którzy poza nim grają na tym albumie: gitarzystka Mary Halvorson, która przed rokiem wydała genialny album Code Girl (ale też dwie płyty Thumbscrew), Susan Alcorn, która gra na pedal steel guitar (m.in. w oktecie Halvorson, ale też interpetując m.in. Astora Piazollę czy improwizując z tuzami amerykańskiej sceny jazzowej) oraz perkusista Ryan Sawyer. Razem nagrali niemal godzinę muzyki, na którą składają się trzy utwory, w większości skomponowane, jednak w obrębie tych form dające spore pole do improwizacji. Dzieje się tu tak dużo, że nie sposób nie komentować na bieżąco przebiegu poszczególnych utworów, co z resztą pojawia się w większości recenzji. Ale sęk w tym, żeby ten ogrom spróbować objąć całościowo. A skoro to wyprawa na lodowiec, to postanowiłem przyznać Wooleyowi 5 oznak za ten pomysł.

Po pierwsze, Columbia Icefield zwraca uwagę skrupulatnym przypisaniem roli każdego z muzyków – Wooley pisał ten materiał myśląc właśnie o tych osobach, ale skład jest przecież nieoczywisty: dęciak, perkusja i dwa instrumenty strunowe. Skomponowane partie doskonale rozkładają akcenty każdego z artystów i artystek, co świetnie słychać już w otwarciu „Lionel Trilling”, gdzie Halvorson i Alcorn dialogują, grając w zupełnie innym metrum. W trzeciej minucie pojawia się perkusja, a dopiero w siódmej Wooley z charakterystycznym przestrzennym brzmieniem trąbki. Podobnie jest w punktowym brzmieniu „Seven in the Woods” gdzie sonorystycznie punktowanie gitar i perkusjonaliów (Sawyer nie przejmuje struktury, ale modeluje dźwięk bębnów, delikatnie szurając miotełkami na tle rezonujących gitar) brzmi bardzo selektywnie i tworzy abstrakcyjną, ale zwięzłą dźwiękową tkankę. Także wtedy gdy Wooley lirycznie wysuwa się na pierwszy plan z trąbką.

Po drugie, znaczące jest tu umiejętne wykorzystanie instrumentu przez Wooleya. To on jest pomysłodawcą tego albumu, ale nie przytłacza reszty muzyków, nie błyszczy swoim ego, ale stoi z resztą muzyków równo w rzędzie. A jeśli pojawia się na pierwszym planie to jest tam także miejsce dla innych – jak w finale „Seven in the Woods”, kiedy napięcie narasta z wysuwającą się do przodu Halvorson i kaskadą perkusji tuż za nią. Jednocześnie Wooley daje popis możliwości swojego instrumentu – jego standardowe brzmienie to zaledwie 1/3 całego materiału, ale niekonwencjonalnie przewija się przez cały album, kiedy przypomina skrzypiący pod nogami śnieg (sic!), basowe rzężenie drapiące ucho, kontrabas w finale drugiego utworu albo kiedy w „With Condolences” wydaje zniekształcony dźwięk, osobliwy gardłowy pomruki.

Po trzecie, we wspaniały sposób gęstnieje tu narracja, a czwórka muzyków fenomenalnie buduje napięcie. Utwory często zaczynają się od bardzo relaksacyjnego brzmienia, które stopniowo staje się coraz bardziej niepokojące. Duet Halvorson/Alcorn na otwarcie grają wręcz medytacyjnie, ale finał nie jest już tak oczywisty i delikatny. „Seven in the Woods” w pierwszych sekundach brzmi niemal jak ambientowa, spokojna tkanka z subtelną trąbką pomiędzy gitarami, ale im dalej w las, tym robi się intensywniej.

Po czwarte, ten kwartet to frapująca opowieść i dialog dwóch duetów. W „Lionel Trilling” gitarzystki stopniowo budują nastrój, który kontrapunktuje szorstkim i lekko destruktywnym brzmieniem Wooley i Sawyera. W 13 minucie muzycy wracają do motywu z początku, soniczna eskapada staje się marszowa: rzężąca i zelektryfikowana trąbka nadaje rytm razem z narastającą perkusją a subtelne gitary są dla nich dobrym kontrapunktem. Dzięki temu równoważą się tu barwy dźwięku ale też dynamika i napięcie pomiędzy muzykami.

Po czwarte, konteksty, których mnóstwo można tu odczytać pomiędzy wierszami: tytuł pierwszego utworu nazwiskiem amerykańskiego krytyka i intelektualisty albo historię ukrytą „Seven in the Woods”, której polecam poszukać samodzielnie w sieci. Ale mnie najbardziej frapujący jest finał „With Condolences”, w którym Sawyer skanduje poemat Dream Song 42: O journeyer, deaf in the mould, insane Johna Berrymana. Niczym kaznodzieja wykrzykuje kolejne słowa na tle narastającej muzyki, ale nic nie wybucha, pozostajemy zawieszeni w niepewności.

I to jest największy atut tego wydawnictwa – spójna i wciągająca, epicka narracja. To trzy utwory i łącznie prawie godzina muzyki, a jednocześnie bogactwo trzech suit, wielowarstwowość i złożona muzyczna opowieść. To wszystko doskonale trzyma się w ryzach dzięki błyskotliwej grze zespołowej, ale także poprzez wyróżniające motywy takie jak otwierający dialog gitar, liryzm trabki w „Seven in the Woods” czy oszczędne, ale zapadające w pamięć gitarowe ostinato w „With Condolences”, obecne aż do końca utworu – jeden z najmocniejszych punktów albumu.

Columbia Icefield jest dziełem monumentalnym. Jego geograficzne odniesienie pewnie i tek kontekst poszerza, ale muzyka działa tu sama z siebie: pochłania i bez tego swoja precyzją, skrupulatnym dopracowaniem i błyskotliwym wykorzystaniem umiejętności poszczególnych artystów, których role zostały przypisane w bardzo demokratyczny sposób. Od ścisłej kompozycji do improwizacji, przez wzajemną uwagę i błyskotliwe, rozwijane mistyczne misterium. Nate Wooley ze swoim kwartetem stworzyli dzieło wciągające i onieśmielające, o wielkim rozmachu.

Nate Wooley, Columbia Icefield, Northern Spy Records.

SŁUCHAJ: 🎶 Spotify, 🎶 Tidal, 🎶 Deezer, 🎶 Apple Music