Postwojenna Trypolitania

Trypolis to błyskotliwa opowieść – przejmująca w warstwie lirycznej i charakterystycznie, ale też celnie uchwycona przez Pryta; muzycznie złożona, ale spójna i wyrazista. Jeśli idea koncept albumów wciąż może być aktualna to właśnie na takiej płycie jak ta – przemyślanej, dopracowanej, dopełniającej teksty z muzyką i zapadającą w pamięć.

>>>Read in English<<<

Osiem lat minęło od premiery pierwszej płyty zespołu Tryp. Kochanówka, błyskotliwy i przejmujący koncept album o tytułowym miejscu zbrodni na chorych w ramach hitlerowskiego programu zabijania niepełnosprawnych i chorych psychicznie, był dziełem nietuzinkowym i oryginalnym. Muzycznie, ale przede wszystkim lirycznie za sprawą tekstów Marcina Pryta. Niemal dekadę później konceptualne wydawnictwa wcale nie wróciły do łask, ale łódzka grupa, w której poza Prytem gra Kuba Wandachowicz, Robert Tuta, ale też Piotr Poloz, Marcin Zabrocki i odpowiedzialny za produkcję Paweł Cieślak, znów sięgnęła po tę metodę. I znów nagrali album oryginalny i przejmujący. Trypolis z nazwą zespołu zaklętą w libijskim mieście opowiada historię wojskowego najemnika spotkanego podobno w jednym z łódzkich lokali. Nie wiadomo, kiedy, bo jak informuje książeczka dołączona do płyty, teksty powstawały od 2010 do 2018 roku. Niezależnie jednak od krajobrazów kraju Maghrebu, współczesne, polskie (łódzkie!) realia będą powracać, nadając tej opowieści bardzo uniwersalny charakter.

Ten koncept od samego początku jest szalenie zabójczy, ale spójny i wciągający jak gatunkowy film akcji. Tryp buduje barwną historię straumatyzowanego człowieka, kreśląc w muzyce i w tekstach mapę jego umysłu. Ciężka gatunkowo historia wydaje się powstawać w warstwie językowej z lekkością – bohater doświadczony wojną na ulicach Łodzi wygląda jak współczesny hipster (był opalony jakby wrócił z kraju ciepłego / z brodą dającą wygląd człowieka modnego), którego Pryt od razu przedstawia strzelając słowami jak serią z karabinu, że nie ma problemu z zabiciem pierwszego, drugiego, trzeciego, czwartego niezależnie od pochodzenia i rasy. Wstęp nie pozostawia złudzeń co do kalibru opowieści. Kolejne utwory to rozdziały-wspomnienia i konfrontacja z rzeczywistością. „Gauna” to stany depresji, stagnacji i frustracji, próba złapania ludzkiego pierwiastka w oderwaniu od zrobotyzowanego działania na froncie (Mecha tu, Gauna tam / brak robotów, jestem sam), które przynosi nic innego jak pustkę. Marcin Pryt wykrzykuje ją dosadnie niczym hymn w finale utworu „Pustka” z podkreślającym pogłos i samotność echem, aż po przekrzykiwanie się ze świdrującym, perfekcyjnie wplecionym tu saksofonem. Fatamorganą może być wycieczka na miejski rynek, gdzie na stoisku leży pocztówka z Trypolisu. Łódź raz przypomina najgorsze koszmary, aby za chwilę (na chwilę!) pomóc z nich wyjść w „Expo2024” (Zapomniałem o pustyniach libijskich / spaceruję w pięknym parku szczęśliwy), co przecież można odczytać też przekornie jako komentarz do rzeczywistości i polityki włodarzy polskich miast, którzy czasem złudnymi działaniami pokazują, że chcą je zmienić. Ale ta rzeczywistość nie jest do pokonania od razu, trzeba się z nią zmierzyć, co Pryt fantastycznie ujmuje w „Muamar” (Każdy ma swoje Morze Śródziemne / przestrzeń, którą musi przepłynąć). Bohater Trypolis ma do pokonania dwa morza – pierwsze to realne, drugie mentalne, kiedy jest już z dala od wojny. Ale z problemami o pozornie takim rozmiarze mierzą się wszyscy. Zawieszenie i brak jednoznacznej odpowiedzi przynoszą finalna „Trupolitania” – o wygraną jest ciężko, trauma po wojnie, zderzenie z rzeczywistością („Wróciłem” z nadzieją o spotkaniu poznanej wcześniej kobiety i charakterystycznym dla polskich miast środku transportu) niczego nie ułatwiają i nowe okoliczności tego nie zmienią.

Świetną tekstową część dopełnia muzyka. Niemal cały album ma miarowy i bardzo zrytmizowany charakter – naleciałości wojskowych wspomnień i koszmarów świetnie oddaje tu pulsująca i marszowa czasami perkusja. Uzupełniają ją gitary Tuty i Wandachowicza, do których później linię gęstego basu dograł Piotr Połoz, a całość dopełnił kwaśnymi klawiszowymi i saksofonowymi frazami Marcin Zabrocki. Ten sposób produkcji słychać wyraźnie i działa na plus: każda sekunda jest tu pomysłowo wypełniona muzyką, zwraca uwagę wielowarstwowość utworów i nie ma mowy o przesycie. Jest nowofalowo dzięki chłodnym syntezatorom, przykuwają uwagę agresywne perkusjonalia, zwielokrotniane wokalizy stylizowane na quasi-chór, bardzo sugestywny, nadający tej płycie momentami charakteru rock-opery. Jest gitarowo („Widzimy się”), ale czasem dubowo („Trupolitania”), gęsto od pomysłów, jednocześnie bardzo emocjonalnie. Ta płyta atakuje muzyką, a szeroki asortyment instrumentów dobrze buduje jej obraz – czasem utwory wydają się chaotyczne jak umysł straumatyzowanego bohatera, rozedrgane, pełne efektów i zniekształceń niczym jego pamięć. Okazjonalnie pojawia się nuta orientalna, ale raczej jako dodatek – często natomiast bywa industrialnie, metalicznie, kakofonia przytłacza, ale wciąga. W „Widzimy się” rymowane teksty zazębiają się z gęstym basem, perkusją i wyrazistymi klawiszami. Jeśli pierwszy plan oferuje wyraźną strukturę utworów, rytm i syntezatorowe bądź gitarowe melodie, w tle dzieje się równie dużo – każdy z muzyków włożył tu mnóstwo od siebie i słychać to przez cały czas. Rozpaczliwe wołanie w finale to popis tych post produkcyjnych działań: cięty wokal Pryta dopełnia rezonujący w tle saksofon, syntezatorowe tło i melodyjka wygrywana na cymbałkach.

Trypolis to błyskotliwa opowieść – przejmująca w warstwie lirycznej i charakterystycznie, ale też celnie uchwycona przez Pryta; muzycznie złożona, ale spójna i wyrazista. Teksty chwytają sedna – przez krzyk, proste, ale dosadne rymy, buzujące przytłaczanie słuchacza. Muzycznie nie jest łatwo, ale kotłuje się tu od emocji, wielowątkowości, dozowanej skrupulatnie i konsekwentnie. Od świdrujących melodyjek w „Trypolskim ABC” przez smutne zawodzenie w „Trupolitanii”. Jeśli idea koncept albumów wciąż może być aktualna to właśnie na takiej płycie jak ta – przemyślanej, dopracowanej, dopełniającej teksty z muzyką i zapadającą w pamięć. Muzycy zespołu Tryp wybrali nie łatwą do opowiedzenia historię, ale zrobili to w przemyślany i sugestywny sposób. Nawet jeśli to zespół nieregularny, to jest to powrót wybitny, bo wie co i jak chce powiedzieć.

Tryp, Trypolis, Requiem Records.