Andrzej Baphomet – Presets for My Heart

Nie ma roku, w którym Adam Witkowski nie opublikowałby kolejnego wydawnictwa. Jego muzyczne CV cały czas pęcznieje – od najbardziej znanych Nagrobków (którzy właśnie wydali muzykę ze spektaklu „Słowo o Jakóbie Szeli”)czy nieistniejącego zespołu Gówno (chociaż pojawiającego się ostatnio na kilka sekund w serialu „1983” Agnieszki Holland), przez Langfurtkę z Mikołajem Trzaską, tegoroczny muzyczno-taneczny projekt z Raphaelem Rogińskim, aż po Wolność, z którą właśnie wydał drugi album czy solową działalność, wcześniej pod szyldem 0404, teraz pod własnym nazwiskiem albo jako Andrzej Baphomet.

Ten ostatni pseudonim w innym świetle pokazuje muzyczne inspiracje, którymi Witkowski się zajmuje, ale niekoniecznie w czysto artystycznym wydaniu. Sam przyznaje, że to potwór i efemeryda, który za punkt wyjścia przyjmuje quasi-popowe wątki, wywodzące się z materiałów powstałych do reklam i komercyjnych dźwiękowych zleceń muzyka. I znów, tak jak przy pierwszej płycie Flamenko to moje życie na pierwszy rzut ucha, wydaje się to całkowicie asłuchalne. Witkowski stworzył potwora, kolaż sampli ułożonych w piosenkowe formy, z których jednocześnie jawnie sobie drwi. Z jednej strony zestawia różne pomysły, sięga w kierunku muzycznej duchologii doby lat 80. i 90., z drugiej trochę abstrakcyjnie komentuje sytuacje życia codziennego (prześmiewczy „Diss na zamknięcie BDTA” na zakończenie działalności wytwórni, w której do tej pory wydawał muzykę). Parodiuje piosenki wokalistów, którzy w pozornie wzniosły sposób śpiewając bliscy są estetyce bon-motów Paulo Coehlo, ale jednocześnie wprowadza dystans, przez który nie da się go traktować poważnie (a i takiej potrzeby nie ma). W gitarowe solówki wplata w zmultiplikowany jękliwy wokal w„Potencjalnym Szamanie”, a w funkującym„Zawsze chciałam być Barrym W.” razem z Olgą Burczyk eksploruje lirycznie możliwości piosenek w stylu No Limits.

W radiu tego nie puszczą, a i jednorazowe przesłuchanie Presets for  My Heart nie dostarcza estetycznej przyjemności. Ale warto spojrzeć na ten materiał przede wszystkim jak na zabawę z formą. Witkowski to muzyczny dadaista – zestawia ze sobą w formie dźwiękowej mozaiki różne elementy, które zainteresowały go już przy Granicie Nagrobków:

Od dawna śmiejemy się, że spełnieniem naszych marzeń jako autorów jest pisanie piosenek dla Kasi Kowalskiej i Edyty Bartosiewicz. Słowa typu – amulet, kamień, granit, cień, sen – to jest ten słownik, z którego się korzysta w tego typu twórczości.

Z resztą taki fragment„Stuk stuk stuk, słyszę stukot twoich stóp” melodyjnie łudząco przypomina fragment „Historii jednej znajomości” zespołu Czerwone Gitary. Z kolei „Brzydki pies” jawi się jako surrealistyczne wycieczki Pogodno, raczej w dosyć karykaturalnej odsłonie, bardziej na zasadzie muzycznego skitu. To przede wszystkim formalna zabawa, bo i nawet w„Kto tu jest tru?” słychać pytanie„Czy wyłączyłem gaz, czy to czas na kwas?” a w ostatnim utworze razem z Wojtkiem Kucharczykiem, muzykiem i założycielem Mik Musik skanduje„Uciekaj stąd!”. Witkowski wyciąga brudy popu i pokazuje je w krzywym zwierciadle. Bawi się nimi, ale koniec końców umywa od nich ręce, ostrzegając przed potworem z bazy sampli i niewykorzystanych odpadów, którego sam stworzył. Bez napinki, z poczuciem humoru i odpowiednim dystansem.

Andrzej Baphomet, Presets for My Heart, thisisnotarecord 2018.